s/y Barlowento II Władysławowo-Londyn-Gdańsk

Rejsy po północnym, wspomnienia, delfiny, pływy, ciekawe informacje, itp.

s/y Barlowento II Władysławowo-Londyn-Gdańsk

Postprzez Kukuś 28 gru 2008, o 13:31

14.07.2007 – 18.08.2007

Kapitan: Piotr

Załoga: Tomek, Marek, Iwona, Arek, Ania, Agnieszka, Karolina, Kasia, Adrianna, Urszula, Justyna, Agata, Liliana, Łukasz, Grzegorz, Jarek, Jurek, Mateusz, Wacław, Jerzy.

Jacht: Rigel

Porty: Władysławowo - Kiel Holtenau - Cuxhaven-Oostende - West India Dock Londyn – Cuxhaven – Ronne – Władysławowo - Gdańsk

Mm/h: 2124/ 423
Kukuś
pływał po Chechle
 
Posty: 27
Dołączył(a): 12 paź 2008, o 20:42

Re: s/y Barlowento II Władysławowo-Londyn-Gdańsk

Postprzez Kukuś 28 gru 2008, o 13:38

To był pierwszy w dziejach drużyny tak długi w Mm, h i w dniach rejs morski.
Ponizej pozwolę sobie umieścić relacje rodzeństwa, z dwóch etapów.
Pod koniec 2006 roku, 4 Harcerska Drużyna Wodna „HOOK” postanowiła, że zorganizuje II etapowy rejs na trasie Polska – Anglia – Polska. Powód był niebanalny, ponieważ 1 sierpnia 2007 roku w Anglii odbywać się miały centralne uroczystości obchodów 100 lecia skautingu. W jednym miejscu, niedaleko Londynu, miało zebrać się około 50.000 dzieci i młodzieży w wieku 12 – 99. Jak postanowiliśmy tak i zrobiliśmy.
Na początku nikt nie przypuszczał, że będą takie problemy z dużymi jachtami w Polsce. Chcieliśmy najpierw płynąc w 2 jachty około 12 metrów długości. Po różnych rozmowach z bardziej doświadczonymi zasugerowano nam, jeden większy, który zdecydowanie lepiej poradzi sobie na Morzu Północnym. Nasze plany skupiły się na s/y Zjawa IV, której armatorem jest CWM ZHP. Jedna z katowickich drużyn miała zarezerwowaną Zjawę na rejs do Anglii, ale wycofali się i my przejęliśmy ich rezerwację. Najlepiej było by gdyby na harcerską imprezę popłynąć harcerskim żaglowcem. Plany planami, ale armator nie mógł obiecać, że 14 lipca jacht będzie sprawny i gotowy do rejsu.
Od kilku lat pływam po Bałtyku na jachcie „Barlowento II”, Żeglarskiego Klubu Morskiego z Katowic. Prawie 16 metrowy stalowy rygiel, o dużej dzielności morskiej. Gdy CWM jednoznacznie powiedział nam, że ma szansy na Zjawę, od razu zaczęliśmy rozmowy w sprawie czarteru Barlowento na nasz rejs. Z racji, ze nasz kapitan Piotr Wencławiak, wiele mil morskich wypływał na tym jachcie, nie było problemu z czarterem jachtu i pewni byliśmy, że właśnie tym jachtem popłyniemy do Londynu. Jeden problem z głowy 
Wydawałoby się, ze tak wielką imprezą sponsorzy powinni być zainteresowani. Setki wysłanych mail, setki telefonów i kilometrów wyjeżdżonych po sponsorach. Jeszcze miesiąc przed rejsem okazało się, że generalnie to wszyscy mieli nas gdzieś i nic nie dostaliśmy. Czym bliżej było dnia wyjazdu, dostawałem coraz więcej telefonów od sponsorów, ze jednak są w stanie nam cos podarować, i tym samym obniżyć koszty rejsu.
Kilka zebrań z uczestnikami, setki pytań do Piotra i bardziej doświadczonych instruktorów – dla wielu był to ich pierwszy rejs morski. Wielkie obawy, o chorobę morską, o sztorm, o to czy nie spadnę z łóżka w nocy itp. Z uśmiechem słuchałem tych wszystkich pytań – przypominało mi się jak jakieś 6-7 lat temu wypływałem na swój pierwszy rejs do Visby, również na Barlowento II . Na jedno pytanie nie mogliśmy odpowiedzieć – jaki będzie port z którego wypłyniemy. Czemu ?? przed nami jacht ten płynął na miesięczny rejs do Saint Petersburga. I chłopcy nie byli nam w stanie powiedzieć gdzie uda im się doprowadzić jacht. Czekaliśmy z niecierpliwością na wieści z morza. W środę przyszedł pierwszy sms „Jesteśmy na Visby, dziś wieczorem wychodzimy”. Były to pocieszające wieści, bo wyglądało na to, że rejs rozpoczniemy w Świnoujściu i nadrobimy cały dzień, który poświęcić musielibyśmy na przepłynięcie części polskiego wybrzeża. W piątek dostałem załamującego sms-a „Wieją silnie zachodnie wiatry i Barlowento stoi we Władysławowie” – tragedia, ale cóż, nic już nie mogliśmy zrobić.
W piątek 13-tego, rozpoczynaliśmy nasz wyjazd, kilka godzin pakowania i przepakowywania przyczepy – w środku było ok. 1,5 tony jedzenia dla 11 osób na 35 dni rejsu. Przyczepa siadła trochę pod ciężarem naszego jedzenia i naszych bagaży  i o godzinie 22.43 rozpoczęliśmy naszą podróż w nieznane.
Dobrych kilka godzin poświęciliśmy na pakowanie tych wszystkich gratów pod pokład jachtu. Ludzie patrzeli na nas, jak na uchodźców  po spakowaniu był czas na wszystkiego rodzaju szkolenia. Podział na wachty, informacje która wachta za co jest odpowiedzialna. Próbne stawianie żagli, które okazały się lekko potargane, i trzeba było je wymienić. A wieczorem – czas na wyjście na miasto – Władysławowo to niewielki port, więc parę osób poszło wykąpać się w morzu  brrrr…. Ostatni widok na morze od tej strony.
Rano uzupełniliśmy wodę, zatankowaliśmy ropę, ostatnie drobne naprawy, montaż urządzeń elektronicznych np. ręcznej UKF-ki przy sufklapie, sprawdzenie czy komputer z nawigacją komputerową działa poprawnie. O godzinie 17.00 - 15 lipca 2007 roku opuściliśmy port jachtowo-rybacki Władysławowo, i obraliśmy kurs na Kiel-Holtenau.
Parę dni na Bałtyku pozwoliło na to aby ludzie przyzwyczaili się do morskiego trybu życia. Pogoda można by powiedzieć, ze nas rozpieszczała bo słońce nas nie opuszczało. Na początku wszystko było ciekawe – stawianie żagli, zrzucanie, zmiana na mniejsze żagle lub refowanie. Ciężko było ludziom wyczuć ster i ogólnie ze sterowaniem było na początku ciężko. Wszyscy zamiast patrzeć na horyzont, wgapieni byli jak sroki w kompas, który miał pewną bezwładność i dzięki temu patrząc na swój ślad na komputerze, niektórzy widzieli niezły zygzak  Dzień – świetna zabawa, wszyscy na pokładzie, opalanie itp. Noc – do 22 jeszcze komuś chciało się siedzieć na pokładzie, by oglądać zachód słońca, później to zostawał już chief – czyli ja - z wachtami nocnymi.
Noc w lipcu na Bałtyku to coś całkiem innego niż w maju czy wrześniu. Cieplutko, sandałki, polar i spodnie z polara – żadnych sztormiaków i gumiaków. Po prostu sama przyjemność posiedzieć sobie w nocy na wachcie.
Oczywiście na Bałtyku poznaliśmy już prezesa, któremu zapomniano kupić dużej czekolady, jak to jest w zwyczaju. Prezesem zostałem ja, ponieważ zawsze opary diesla działają na mnie jak katalizator, a przy stoliku nawigacyjnym powietrze jest troszeczkę zagęszczone.
Bałtyk można by powiedzieć, że minął standardowo. O północy dnia 18 lipca nasza pani II oficer kończyła …… kolejne urodziny i cała załoga zrobiła imprezę niespodziankę. Nie obeszło się bez babki ze świeczką, sto lat, i dostaniem te parę razy po tyłku zbuchtowana liną pod grot masztem. Oczywiście wszystko z uśmiechem na ustach jak to na Iwonie przystało. Po tym jak zniosła to wszystko oczywiście otrzymała prezent urodzinowy, który choć nie olbrzymi na pewno przysporzył wiele radości.
Nasz kapitan był … fajny, ale co chwilę oficerowie musieli cos robić, największe poruszenie na jachcie było jak przepływaliśmy pod niemieckim mostem. Barlowento trochę wysokości ma i były obawy czy zmieścimy się pod nim. Kilkanaście książek przejrzeliśmy i w końcu okazało się że mamy 1,5 do 2 metrów zapasu. Wiadomo to było od początku, ale trzeba było to znaleźć na papierze, co jak się okazało nie było takie łatwe. Po przejściu mostu blisko było już do Kilonii, w okolicy pełno ludzi pływało na kajtach. Wiatr wzmógł się, i było widać nadchodząca burzę. Wszyscy Niemcy zaczęli uciekać do portów, a nam do Kiloni pozostało jeszcze trochę i jak się okazało zablokował się fał foka na bloczku przy maszcie.
Wtedy pierwszy raz trzeba było wejść na maszt, chętnych nie brakowało, ale na maszt wszedłem sam. Rozbujane morze na pokładzie nie robiło takiego wrażenia, ale te kilkadziesiąt metrów nad pokładem, gdy maszt kiwała się na boki metr w lewo i metr w prawo, to było coś. Okazało się że patent bloczka w maszcie jest daremny i trzeba mieć zawsze napięty fał jak się stawia i zrzuca foka. Chwila roboty i można było postawić foka i zrolować genue. To był chyba nasz pierwszy deszcz, do tej pory było ciepło i słonecznie 
Przez tą burzę wiatr zmienił kierunek i u wejścia do kanału byliśmy dopiero o 2 w nocy. Wszystko pozamykane, cisza spokój. Na szczęście otwarta była toaleta z prysznicami. I wszyscy po 4 dniach w morzu chętnie skorzystali z prysznica. Najpierw panowie, bo to była męska toaleta i prysznic. Później jeden strażnik przy drzwiach i panie korzystały z dobrodziejstw ciepłej wody i prysznica  Czas nie pozwalał na długie przesiadywanie pod prysznicem, ponieważ o 7.00 rano trzeba było wypływać by pokonać kanał kiloński w porze dziennej.
Zamiast 0700 rano to wypłynęliśmy o 0830, rano oczywiście trzeba było znów wejść na maszt, bo ktoś zapomniał o fale z foka. Wejście do kanału jest od razu przy pomoście, 5 minut i jesteśmy już w śluzie, razem z nami stoi tam również tankowiec z gazem ziemnym. Szybko pobiegliśmy zapłacić za przejście przez kanał i w drogę. Jak czekaliśmy aż wrota się otworzą, na tankowcu obok spadły narzędzie z górnego pokładu. I usłyszeć mogliśmy ojczysty język czyli „ kur… kto po to pójdzie” sprzeczali się dwaj marynarze. Okazało się że chłopcy pływają po morzu północnym i bałtyckim worząc gaz ziemny do Szwecji. Szkoda że w te charakterystyczne słowo sprawiło, ze poznaliśmy naszych rodaków ale i tak było miło usłyszeć polski język 400 mil morskich od domu.
Mieliśmy 9 godzin odpoczynku, wolniutko naprzód poruszaliśmy się w kierunku śluzy Brunsbittel, pokonując kolejne mile morskie kanału kilońskiego. Jeden przy sterze a reszta robi co się im żywnie podoba. Opalanie, czytanie książek itp. Ja oczywiście musiałem naprawiać oświetlenie na maszcie i po tym na zaledwie 3 godzinki zdążyłem się położyć na pokładzie i chwilkę przespać. Na kanale było parę ciekawych sytuacji. W połowie kanału znajduję się punkt powitań gości. Nic by w tym dziwnego nie było, tylko gdy byliśmy na wysokości tego punktu z głośników poleciał polski hymn – miło było usłyszeć mazurka dąbrowskiego z dala od domu. W tym momencie z okien zaczęli wychodzić ludzie, machać polska flagą i nas pozdrawiać – rewelacja.
Słońce zaczyna już zachodzić – a my dopływamy do Cuxhaven – pierwszego portu na wodach pływowych. Dla wielu był to pierwszy port Morza Północnego, wcześniej pływaliśmy tylko po Bałtyku. Akurat wchodziliśmy na Łabę podczas odpływu i przy 700 obrotach na minutę silnika jacht płynął przed siebie prawie 8 węzłów !!!.
W miarę zbliżania się do główek portów pływ i prąd zwiększał się i wejście do portu jachtowego nie było takie proste  chwila skupienia, ciszy i gdy jacht minął główki portu wszyscy odetchnęli z ulgą. Nasz jacht nie jest mały i dlatego zacumowaliśmy longside przy pierwszym pomoście. Oczywiście na początku trzeba było zrobić klar na jachcie. Ja poszedłem zapłacić za port i wykupić 24h dostęp do Internetu. Nasz najmniej zaawansowany pod względem żeglarskim kolega, Łukasz, poszedł wynieść śmieci. Po 10 minutach przychodzi z 2 policjantami policji wodnej. Łukaszek potrafił wiele rzeczy, część zrobić dobrze ale i wiele popsuć, więc nikt się nie zdziwił jak poszedł wynieść śmieci i przyprowadziła go policja  Okazało się że trzeba powiadomić policję przez UKF-ke, że się wpływa i oni wyznaczają miejsce postoju. My wybraliśmy sobie najlepsze miejsce i nie powiadomiliśmy o tym policji i za to nasz budżet był mniejszy o 15 Euro 
Teraz pozostało nam tylko zwiedzanie miasta. Deszcz zaczął mocno padać, ale mimo to nie straciliśmy ochoty zobaczyć niemiecki miasto. Młodzi chcieli znaleźć jakiś klub i posiedzieć sobie. Niestety nasz odblaskowe kurteczki ścigały tubylców i zatrzymał się taki VW Golf 4 i dwóch Niemców zaczyna nawijac po angielsku. Po chwili odjechali i zastanawialiśmy się czy to chłopców podrywali czy nasze piękne dziewczyny  postępy w dalszym spacerze przyniosły odnalezienie małej kawiarenki.
W piątek, według żeglarskich tradycji, opuszczanie portu jest zabronione i dlatego dzień później w sobotę koło godziny 1700. Po powrocie z miasta nasze oba komputery były gorące, każdy chciał skontaktować się z rodziną, znajomymi itp. Gadu-gadu i Outlook chodziły kilka godzin bez przerwy i można było uaktualnić dziennik pokładowy naszego rejsu na stronie rejsu http://www.jambore.4hdw.com. Prognozy pogody nie były zbyt zachęcające ale czas naglił. Po wyjściu z portu obraliśmy kurs na Helgoland, bo tak było najkorzystniej . Wiatr prawie całkiem zdechł i bujaliśmy się 1,5 węzła na godzinę w okolicach wysp fruzyjskich. Po 2 godzinach na rufowym horyzoncie pojawił się s/y Zawisza Czarny. Jako że jest to harcerski żaglowiec to chcieliśmy po harcersku oddać mu salut bander itp. Wszyscy ubrani w mundurach, ładnie stoją na lewej burcie a tu nagle Pagaj (ksywa naszego kapitana) słyszy że Zawiasa prowadzi Janusz, jego kolega, znajomy i zamiast salut, i bandery zaproponował hol. W tym momencie wszyscy wzięli się za przygotowywanie odpowiednio długiej cumy. Był jeden problem – my dajemy cała naprzód, Zawias pół naprzód a i tak nas wyprzeda i jest problem z rzuceniem rzutki z cumą. 3 rzuty i zmieniamy taktykę. Cuma w wodzie i Zawias płynie zygzakiem, i w tym momencie jest bliżej nas, Cuma prawie przed dziobem, ale dalej są problemy. Dołożyli jeszcze jedną cumę i po kilku próbach wyciagnięcia cumy z wody bosakiem – udało się. Cuma zawiązana naokoło masztu i zaczął się rewelacyjny okres. Sternik za sterem pilnuje kursu. Silnik odstawiony, żadnego łopotu żagli – cisza, spokój a GPS wskazuje prędkość 7,5 węzła. Można było się spokojnie wyspać, tylko kapitan zabronił spania w dziobowych kajutach i wszyscy spali na śródokręciu i w mesie. Oficerowie mieli swoją kajutę, w której to wygodnie się wyspali . 0800 dnia następnego, na Zawiasie alarm do żagli i koniec holowania, wiatr się wzmógł i można było już płynąć na żaglach. Oba jachty wzięły kurs na Oostende, gdzie rozpoczynała się Europejska Armada Skautów Wodnych. Taki był plan, z jego realizacją było już gorzej.
O dziwo w połowie trasy dołączył do nas … gołąbek, który był urozmaiceniem życia morskiego. Latał po całym pokładzie, pod pokładem – dużo śmiech i zabawy. Na czas sztormu gołąbka wsadzono do pudełka i o dziwo – przeżył sztorm bez problemów. Mowa o sztormie bo w nocy, gdy przecinaliśmy tor podejściowy do Amsterdamu, wiatr osiągnął siłę 90B. W nocy na pokładzie zostali tylko oficerowie i kapitan. Około 0200 w nocy przestał trzepotać fok – oznaczało to, że się potargał i w takich warunkach trzeba było założyć foka sztormowego, który był trochę większy o ręcznika  naszemu rewelacyjnemu bosmanowi założenie 2 raks do foka zajęło … 20 minut, ale to nie rekord. Bosman wraz ze swoja 3 wachtą stawiał bezana w czasie 34 minut, a tak go później sklarowali, że w sztormie go wywiało i się lekko potargał . Ale to nasz cały Aruś . Niektórzy sztorm przespali, choć nie było łatwo, cały pokład trzeszczał i wydawało się że zaraz się rozleci. Jak wyszli rano na pokład to zobaczyli jakie są fale i zachwycali się sztormem, a to co było rano to nawet nie przypominało sztormu, trochę dłuższa i wyższa fala od normalnej, ale żadnych rewelacji 
Sztorm się skończył i powoli zbliżaliśmy się do portu Oostende. Port niewielki więc musieliśmy poczekać aż promy i inne statki wyjdą z portu abyśmy mogli wejść. Kazano nam zacumować Rogal Yachting Academy. Przy keji stało już 2 skautów belgijskich, których wysłano aby nas powitać. Prąd w porcie był dość znaczny i podejście do keji za pierwszym razem nie wyszło. Za drugim razem się udało, ale skauci stojący na keji zdążyli już wypić piwko. Tym skauting się różni od harcerstwa, tytoń i alkohol dozwolone są w organizacjach skautowych. Po zacumowaniu pojechałem ze skautami do doku, gdzie znajdowała się reszta jachtów. My do doku mogliśmy wejść dopiero o 2030, więc te chwile czasu poświęciliśmy na klar i porządki pod pokładem. Po belgijskim doku powitało nas 26 innych jachtów z Holandii, Belgii, Norwegii, Niemiec, Francji. Pół europy się zjechało. Stanęliśmy sobie za Zawiszą, który przybył do Oostendy 6 godzin wcześniej. Oczywiście Polacy trzymali się razem i kapitan Zawiszy Czarnego zaprosił nas na przepyszną kolacje w kubryku Zawiasa. Bigosik, świerzy chleb, herbatka z cytryną. Czegoż chcieć więcej. Po kolacji pokazano nam gdzie są prysznice. Ich widok był zaskakujący, barakowóz z boksami zapinanymi na zamek błyskawiczny  mimo dziwnego patentu skorzystaliśmy z prysznica i wieczorem czyści i uśmiechnięci wyruszyliśmy na miasto. Kolejny raz zwiedzamy miasto nocą. Belgia zdecydowanie bogatszy kraj i miasto portowe o wiele piękniejsze. Najpierw zwiedziliśmy stare miasto i zabytki rewelacyjnie oświetlone w nocy, a później poszliśmy na plażę, jakby to nam morza było za mało. Reszta bawiła się na koncercie dj wraz ze skautami z armady. w doku postawiony był namiot i tam odbywała się ta impreza.
Rano o 0700 wszyscy wychodzą z doku aby wyruszyć w podróż do Ramsgate, gdzie miała być kolejna impreza integracyjna. Nasz jacht, zresztą jak i Zawisza, ze względu na zanurzenie nie miał szansa wejść do portu. Dlatego zdecydowaliśmy się na dłuższy pobyt w Belgii i wróciliśmy do mariny królewskiej. Załoga poszła na miasto, bosman z kapitanem zaczęli naprawiać drobną usterkę w silniku. Udało mi się porozumieć z miejscowymi żeglarzami i oddaliśmy nasz żagiel do żaglomistrza. Powiedział że żagiel będzie dopiero ok. 1700 więc mieliśmy dużo czasu by zwiedzić to samo miasto tylko za dnia  ok. 1800 jedliśmy obiad i w trakcie obiadu przyszedł żaglomistrz z naprawionym żaglem. Cena jąka podał na początku była śmieszna 2,5 Euro, ale później się okazało że jest to kwota 250 Euro i miny wszystkim już zrzedły  nie dało się nic wytargować i niestety uszczupliliśmy kasę pokładową o 250 Euro. Po obiedzie, bosman poszedł w końcu na miasto a reszta tankowała paliwo. Z racji że nie ma morskiej stacji to z samochodowej stacji benzynowej w 20 litrowych baniakach nosiliśmy paliwo do jachtu. Zatankowaliśmy 200 litrów czyli 10 zbiorników 20 litrowych, dotankowaliśmy wodę i o 2330 opuściliśmy port jachtowy Oostende i wyznaczyliśmy kurs na wejście na Tamizę.
Kapitan wymyślił, że przez tę noc będą sterować tylko oficerowie z chiefem. Ja z Iwonką mieliśmy wachtę od 0000 do 0400. Wiatr o stałej sile i tym samym kierunku, żagle dobrze wybrane i raz ustawionego steru nie trzeba było ruszać przez kolejne 1,5 godziny. Wiadomo kto steruje  schodząc ze wachty mieliśmy do stałego lądu ok. 17 Mm, więc prawie pewni stwierdziliśmy, że jak wstaniemy na śniadanie to będzie już widać ląd. A tu okazało się że wiatr się zmienił na baksztag a I z III oficerem dalej żagle wybrane jak do bajdewindu i po 4 godzinach snu byliśmy … 27 mil od brzegu. Tragedia !!!.
Wiatr znowu się wzmógł i halsowaliśmy się blisko brzegu ale prądy i pływy sprawiały, że tylko trochę zbliżało nas to do Tamizy. Kręciliśmy się tak ok. 30h przed ta Tamizą, i w końcu po wielu trudach w godzinach popołudniowych zaczęliśmy mijać po wojenne umocnienia Tamizy. Na Tamizę weszliśmy ok. 2100 i po zgłoszeniu się na UKF-ce VTS poinformował nas, ze za chwilę przypłynie do nas patrol i wskaże nam miejsce, gdzie przenocujemy bo bariery w nocy są zamknięte.
Po 15 minutach podpłynął ponton policyjny i wskazał nam miejsce postoju, przy metalowej barce, naprzeciwko posterunku policji i obsługi portu Londyn. Myśleliśmy, ze to jedyna niespodzianka na Tamizie, ale atrakcji było jeszcze co niemiara. Rano ok. 1000 oddaliśmy cumy i płynęliśmy w kierunku Tidal Themes Barier. Miły pan poinformował nas że niestety nie możemy przekroczyć barier ponieważ w okolicy barier został ogłoszony alarm przeciw bombowy i dopiero po 16 możemy przepłynąć przez bariery. Przed samymi barierami była podobna barka i przy niej spędziliśmy kilka godzin. Do tej barki przycumowany był prom hotelowo-rozrywkowy. Nie wchodziliśmy na niego, bo pewnie to własność prywatna, ale mimo to po 10 minutach przypłynął policyjny ponton z 3 policjantami Metropolitan Police i poinformowało nas, że właściciel widział jak ktoś biega po górnym pokładzie tego promu. Weszli na prom, sprawdzili zabezpieczenia i alarmy i po krótkiej rozmowie i sprawdzeniu paszportów oddalili się. Tym razem obyło się bez mandatu, ale znowu pierwsze osoby jakie witamy w nowym kraju to policja 
Ok. 1600 odcumowaliśmy się od barki i zmierzamy ku barierom, po minięciu barier było widać, że odbywały się niedawno zawody Red bull X-Fighters i obsługa składał powietrzne boje. Przy ostatniej z nich młodzi chłopcy pływali na pontonie, i zaczęli popisywać się i pływać wokół nas. W pewnym momencie, fala wyrzuciła ich z pontonu i sam ponton zaczął zacieśniać kręgi wokół naszego jachtu. Pierwsze okrążenie obyło się bez kolizji ale przy drugim ponton i osłona silnika uderzyli w naszą stalową kotwicę i ponton natychmiast się zatrzymał. Na szczęście nikomu nic się nie stało i dalej kontynuowaliśmy naszą podróż ku West India Dock, naszemu celowi podróży. Ok. 1700 zbliżaliśmy się do Blue Bridge który oddzielał dock od Tamizy. Obsługa portu zaczęła przyspieszać ludzi, i wręcz wyganiać ich, ponieważ prąd znosił nas na betonowe nabrzeże. Śmiesznie to wyglądało 
Jak weszliśmy do docku to powitał nas Richard – szef skautowego ośrodka, oraz policjant, który spisał nasze zeznania i poszedł sobie. Richard wszedł na pokład i wskazał nam miejsce postoju w docku. Oddaliśmy cumy i tym samym I etap rejsu na 21 Światowy Zlot Jamboree zakończył się. Później zwiedzanie Londynu, pełno osób robiących sobie zdjęcia z naszymi koszulkami reprezentacji polski. Impreza urodzinowa na pod pokładem Zawiszy. Oglądanie filmu z szafy o 0200 w nocy i wiele innych przygód ale już tym razem na stałym lądzie. Po paru dniach przybyła zmiana załogi i już całą grupą uczestniczyliśmy w uroczystościach odnowienia przyrzeczenia na Trafalgar Square oraz braliśmy udział w dniu polskim na obozowisku Jamboree Chelmsford w hrabstwie Essex.
Dla wielu był to niezapomniany rejs, który będzie miło wspominać. Jacht przepłynął 1060 mil morskich w czasie 239 godzin, odwiedzając w tym 3 porty pływowe. Na pewno tak wielkie przedsięwzięcie nie doszło by do skutku gdyby nie pomoc wielu firm, które ufundowały lub wypożyczyły nam swoje produkty. Firma Henri Lloyd sprzedała w bardzo konkurencyjnej cenie swoja odzież morską, która gwarantowała komfortowa żeglugę. Mapy morskie C-map pozwoliły na bezpieczną żeglugę na morzu. Cech Rzemiosł Rożnych ufundował 120 bochenków morskiego chleba, który nawet po kilkunastu dniach świetnie smakował. Firma ARMA Polska ufundowała nam mapy morskie oraz ubezpieczenie jachtu i załogi. Wedel Polska ufundował mnóstwo batoników i czekolad, i wiele wiele innych firm za pomoc którym bardzo dziękujemy
Chief
Tomasz MARCOL, st.j

Ten rejs tworzyła właśnie o¬na. Mieliśmy zaszczyt popłynąć w 2 etapie rejsu, którego trasa wiodła z Londynu do Gdańska w terminie 31 lipiec do 18 sierpnia 2007 r. Zanim jednak rozpoczęła się nasza przygoda życia na morzu lecieliśmy samolotem. Przeżycie i krajobrazy nie do opisania. Wrażenia niesamowite, gdy leci się w chmurach, które już po chwili wydają się… puszkiem, kawałkami śniegu. Niestety lot trwał tylko 1,5 godziny. Pogoda była słoneczna, więc lot był bardzo przyjemny i bez niespodzianek.
W Londynie spotkaliśmy się z Tomkiem, który poświęcił się wstając wcześnie rano, aby doprowadzić nas do portu. Podróżowaliśmy chyba wszystkimi możliwymi środkami komunikacji, zaczynając od autobusu, poprzez pociąg, metro oraz kolejkę, a skończywszy na wycieczce pieszej. W porcie powitała nas radośnie załoga 1 etapu rejsu z Władysławowa do Londynu ugościwszy smakowitym śniadankiem. Kolejnym punktem programu były 4 alarmy (żółty, czerwony, pomarańczowy i granatowy) a tym samym sesja zdjęciowa w koszulkach naszych sponsorów i alarm mundurowy.
Po odpoczynku zaczęliśmy szturmować Londyn (każdy wybraną część). Zwiedzanie, zwiedzaniem jednak nikt nie umiał oprzeć się urokowi sklepów z ciuchami (wszędzie były wyprzedaże). Wieczorem na jachcie zawitały w naszych skromnych progach załogi dwóch polskich jachtów „Panoramy” i „Alfa” z Hufca Katowice. Cudownie spędziliśmy wieczór w ich towarzystwie. Jednak największą niespodzianką okazała się gościnność Zawiszy Czarnego, na którym spędziliśmy dwie kolejne noce śpiąc w wygodnych piętrowych kojach. To marzenie wielu z nas, aby popłynąć na tym właśnie żaglowcu, więc radość była tym większa.
Nasz drugi dzień spędzony w Londynie, każdy z nas zapamięta zapewne na długie lata, ponieważ był o¬n wyjątkowy i niepowtarzalny w życiu każdego skauta. Wiele dni marzyliśmy o tym dniu, o tej szczególnej chwili. Aż w końcu nadeszła. Właśnie tego dnia w różnych miejscach kuli ziemskiej o godzinie ósmej rano, wszyscy skauci wypowiedzieli słowa Przyrzeczenia Skautowego. Ogólnoświatowa akcja odnowienia przyrzeczenia była uwieńczeniem programu „Jeden świat. Jedno przyrzeczenie”, który realizowany był przez cały ruch skautowy. Wiele drużyn harcerskich przygotowywało się do tej chwili od dawna, mając nadzieję na przeżycie niezapomnianego wydarzenia. Dla nas odnowienie przyrzeczenia w Anglii - miejscu założenia ruchu skautowego przez Roberta Baden Powella, miało być ukoronowaniem całej naszej wyprawy. Ze względu, że nie mogliśmy wejść na teren obozowiska Jamboree postanowiliśmy, że odnowimy nasze przyrzeczenie w samym centrum Londynu. Razem z nami na Trafalgar Square zjawiła się załoga „Juranda”, „Zawiszy Czarnego” i część 10 HDŻ z Katowic, którzy także przypłynęli do Londynu. O wyznaczonej godzinie stanęliśmy w kręgu tuż obok pomnika gen. Nelsona. Druh Wiktor Wróblewski zaproponował, aby słowa przyrzeczenia nie wypowiadać w tradycyjnej formie, tylko zabawić się w głuchy telefon. Słowa roty popłynęły, więc od ucha do ucha. Przekazaliśmy sobie wzajemnie treść bardzo dobrze wszystkim znaną, ale zarazem naszą wspólną tajemnicę. Przyrzeczenie, choć powszechnie znane jest także tajemniczym zaklęciem w sercu skauta, które wpisane jest w niego do końca jego życia. „Mam szczerą wolę, całym życiem…”, co te słowa naprawdę znaczą każdy harcerz odkrywa samodzielnie w swoim życiu.
Po odnowieniu przyrzeczenia przeszliśmy pod Backingham Palace. Ustaliliśmy, że za 4 godziny wracamy w to miejsce i idziemy do Instytutu Polskiego i Muzeum im. Gen. Sikorskiego. Wolny czas ponownie mogliśmy zagospodarować według własnych upodobań. Większość z nas wybrało zakupy a następnie leżenie pod przysłowiowym dębem w Hyde Parku. To właśnie odróżnia Londyn od wielu innych miast: duża liczba parków oraz skwerów i możliwość bezkarnego wylegiwania się na trawie. O 11.30 kto chciał i przybył pod pałac królowej mógł zobaczyć uroczystą zmianę warty. Przemarszowi strażników w tradycyjnych strojach, towarzyszyła orkiestra i tłum gapiów.
Po południu dotarliśmy z małymi problemami do Instytutu Polskiego i Muzeum im. Gen. Sikorskiego. Przyjęto nas tam niezwykle ciepło. Zostaliśmy oprowadzeni po salach instytutu, w których zgromadzono liczne pamiątki przede wszystkim po Polskich Siłach Zbrojnych walczących na różnych frontach II wojny światowej. W muzeum znajdują się takie unikaty jak: maszyna szyfrująca Enigma rozpracowana przez polskich matematyków, mundury i odznaczenia gen. Sikorskiego i innych polskich wysokich rangą wojskowych, czy mapy Bałtyku sporządzone własnoręcznie, z pamięci przez oficera łodzi podwodnej „Orzeł”a także liczne dokumenty, listy, portrety, broń, szable, obrazy bitew oraz rzeźba niedźwiedzia Wojtka, który w bitwie pod Monte Cassino pomagał Polakom nosić ciężkie ładunki do dział i pudła z amunicją.
Nasz przewodnik opowiadał o wszystkim bardzo żywiołowo i ciekawie z racji tego, że sam był uczestnikiem wielu z wydarzeń, o których mówił. Pomimo to wielu ze zwiedzających przysnęło siedząc na krzesłach czy na schodach. Czasem wydaję mi się, że ludzie starsi, szczególnie z pokolenia przedwojennego mają wielokrotnie więcej energii niż młodzi, pan przewodnik był tego najlepszym przykładem.
Kolejnym miejscem, które zwiedziliśmy tego dnia był dom Baden Powella. Jest to hotel, w którym nocują skauci lub rodzice dzieci, które przebywają na wakacjach np. na Jamboree. Jest tam także stała ekspozycja poświęcona BiPi, zebrane po nim pamiątki, a także sklep ze skautowymi gadżetami. Nasza załoga od razu po przekroczeniu progu rzuciła się na nie, ale niestety większość została już wykupiona przez Japończyków stojących przed nami w kolejce. Trudno się mówi. Mięliśmy nadzieję, że znajdziemy coś co nas zachwyci i wpadnie nam w oko już na samym zlocie. I tak też się stało.
<!--[if !vml]--> To nie koniec naszych londyńskich atrakcji albowiem następnego dnia wcześnie rano po szybkim śniadanku wyruszyliśmy na zlot Jamboree, gdzie organizowany był dzień polskiego kontyngentu. Bardzo zależało nam na tym, aby móc w nim uczestniczyć. Do miejsca obozowiska dotarliśmy po trzech przesiadkach, a tam okazało się, że źle trafiliśmy. Nikt dokładnie nie wiedział, gdzie mamy się udać. Poczuliśmy się zdezorientowani, niektórym czarne scenariusze zaczęły przychodzić do głowy. Cóż, najważniejsza jest trudna do zidentyfikowania bliżej „góra”, która wydaje decyzję. Bez takiej decyzji nikt nie mógł nas nigdzie wpuścić. Jednakże oczekiwana decyzja zapadła. Ktoś wypowiedział magiczne słowo i wszyscy Polacy, którzy przybyli na Jamboree drogą morską, na rowerach, stopem, czy kajakami mogli wejść za magiczną bramę nr 1. Przedstawiciele polskiego kontyngentu przywitali nas bardzo smacznie i miło, choć nie tradycyjnym chlebem i solą, ale chlebkiem Wasa, marmoladą, mielonką, paprykarzem i mlekiem. To jedzenie okazało się być posiłkiem, który zapewnili nam na cały dzień. No, ale nie samym chlebem człowiek żyje… Każdy kupił sobie loda bądź też frytki. A jeśli nawet nie, to było tyle degustacji, że zapewne nikt nie chodził głodny. Przez cały dzień chodziliśmy po terenie obozowiska, gdzie prezentowały się wszystkie kraje uczestniczące w Jamboree. Każdy kontyngent starał się pokazać z jak najlepszej strony. W namiotach można było zjeść tradycyjne potrawy, pograć w gry charakterystyczne dla danego miejsca. Polska zaprezentowała się bardzo godnie. Harcerze przygotowali przeróżne atrakcje dla skautów, którzy chcieli poznać nasz kraj. Oprócz tradycyjnych ulotek dotyczących Polski można było spróbować lepić pierogi, zjeść placki, chleba z tustym, pierniczki toruńskie, krakowskie obwarzanki, oscypki, wędzoną gicz wieprzową, szneki z glancem, kabanosy, wiejską szynkę, babeczki, krówki, watę cukrową, zatańczyć oberka, czy spróbować powalczyć w prawdziwej rycerskiej zbroi. Polacy organizowali wiele happeningów, do których angażowali gości.
Dla starszych przygotowana była wystawa dotycząca polskiej historii i współczesności – poza wystawą dotyczącą powstania warszawskiego i działalności Szarych Szeregów, widzowie chętnie odwiedzali pawilon, w którym była ekspozycja fotografii harcerek i harcerzy na tle najbardziej charakterystycznych miejsc Warszawy oraz zdjęcia z wypraw polskich drużyn.
Kto chciał mógł również zrobić sobie zdjęcie w ciele Syrenki Warszawskiej oraz podziwiać samolot zrobiony z drewna przez drużyny z Piaseczna.
Bractwo rycerskie i grupa taneczna przygotowała specjalne pokazy po których zapraszała do próby pobicia rekordu w jak największej ilości par wspólnie tańczących poloneza. Nie zabrakło też recitalu muzyki klasycznej - utwory Moniuszki, Chopina i Wieniawskiego zainteresowały głównie skautów z Chin i Japonii, którzy na miejsce koncertu przybyli dużo przed czasem jego rozpoczęcia, aby na pewno mieć dobre miejsca.
Na popołudnie przygotowano konferencję z prezydentem Lechem Wałęsą.
Staraliśmy się zobaczyć możliwie jak najwięcej, ale wejście do wszystkich namiotów, było w tak krótkim czasie zupełnie niemożliwe. Każdy z nas nazbierał wiele drobnych pamiątek rozdawanych na stoiskach, miał okazje powymieniać swoje harcerskie plakietki czy odznaki na odznaczenia skautowe (kolekcjonowanie odznak jest hobby wielu skautów).
Pomimo zmiennej pogody bawiliśmy się fantastycznie, ze względu na różnorodne atrakcje, jak np. herbatka w jurcie, gdzie każdy miał okazję porozmawiać na perskim dywanie, pohuśtać się na drewnianym diabelskim młynie, ubrać rycerską zbroję oraz zasmakować wielu smakołyków. Atrakcji było co niemiara. Największą popularnością cieszył się sklep, gdzie można było kupić jedyne w swoim rodzaju pamiątki. Jednak kolejka była przerażająca.
Na pewno każdy z nas chciał na Jamboree zostać dłużej, ale nie mogliśmy nadużywać gościnności. Nasz czas skończył się i ostatnim autobusem odjechaliśmy na dworzec.
Z Jamboree pozostaną nam z pewnością bardzo miłe wspomnienia przede wszystkim uśmiechniętych twarzy. To było najbardziej niesamowite. Tyle ludzi, tyle różnych narodowości w jednym miejscu a pomimo to każdy z każdym potrafił się porozumieć lub choćby pozdrowić słowem Hello lub Hi.
Dzień spędziliśmy bardzo intensywnie, wszyscy po przybyciu na jacht szybko poszli spać. Biedny Łukasz, który musiał umyć jeszcze podłogę w mesie, nie mogąc doczekać się jak skończy się w niej narada oficerska, położył się na podłodze w kambuzie gdzie zasnął złożywszy głowę na szmacie i gumowych rękawiczkach. Na szczęście jego „anioł stróż” przyszedł i przyniósł mu poduszeczkę wraz z kocykiem.
Kolejny dzień zaczął się cudownie, a mianowicie wreszcie się wyspaliśmy. Pierwszy etap pakował swoje ubrania i wyprowadzał się z jachtu, podczas gdy my sobie śpiewaliśmy i słodko leniuchowaliśmy jedząc Pawełki. Po południu powoli zaczęliśmy rozpakowywać swoje rzeczy i robić klar na jachcie. Po tym wszystkim każdy przymierzył a następnie dopasował szelki, które zakładaliśmy codziennie po godzinie 20 będąc na morzu oraz gdy były niesprzyjające warunki do chodzenia bez nich. Wieczorem otrzymaliśmy sms-a od 1 etapu, że zepsuł się pociąg co było powodem ich spóźnienia na lotnisko. Ich samolot odleciał a o¬ni 3 dni czekali na następny. Jednak nie był to powód do smutku, lecz raczej radości, że ich przygoda w Londynie jeszcze się nie skończyła. Zwiedzili inną część Londynu a przy tym poznali wiele ciekawych osób różnych narodowości na samym już lotnisku, którzy się do nich przysiadali i spali razem z nimi.
Kolejnego dnia zwiedziliśmy Cutty Sark-a, byliśmy na Greenwich (oczywiście w Królewskim Obserwatorium również) oraz w muzeum morskim. Nie ma to jak bycie w dwóch miejscach na raz. Na wschodzie i zachodzie jednocześnie. Oczywiście gdy już zwiedziliśmy wszystkie ciekawe miejsca w tej dzielnicy udaliśmy się do pierwszego sklepu na świecie oraz na targ gdzie do nabycia było wiele własnoręcznie robionych rzeczy.
Właśnie tego dnia na Greenwich powstały Tubisie: Przed -Kasia i Potem – Mateusz. Historia ich powstania jest dłuuuugaaaa.
Niedzielną wycieczkę po Londynie rozpoczęliśmy od zobaczenia parady wielu krajów. Coś niesamowitego!!! A następnie zwiedziliśmy Tower Bridge – majestatyczny neogotycki most z eleganckimi wieżami oraz London Bridge.
Przechodząc koło jednej z fontann Mateusz postanowił się ochłodzić przebiegając przez nią, po czym jego pomysł podzieliły dziewczyny: Justyna, Ula i Agata czyniąc to samo.
Ponieważ wcześniej chodziliśmy rozdzieleni niektóre osoby widziały już London Eyes, lecz Jurek niestety nie, więc poszliśmy z nim ponownie. Co się okazało na miejscu? Jest o¬n fanem Star Warsów, dlatego za naszą namową postanowił pójść na ich wystawę. Gdy o¬n był w innej galaktyce my miło spędzaliśmy czas w Mc Donaldzie, gdzie jedzenie było w przystępnej cenie. Tam właśnie zleciały nam 2 godziny. Nasza wycieczka nie byłaby do końca udana gdyby nie wypad na ciuchy. Bez względu na to, gdzie byliśmy czas na zakupy musiał się znaleźć. Na szczęście większość sklepów była otwarta do godziny 20.
Czas w Londynie niestety szybko leciał, ale co zwiedziliśmy to nasze.
Na pewno zapamiętamy dzielnicę Westminster, ponieważ jest najciekawszą częścią Londynu pod względem polityczno-historycznym zwaną sercem angielskiej władzy, skąd kierują całym krajem. Poza Gmachem Parlamentu mieszczą się tam również liczne posągi i monumentalne budynki. Mięliśmy również okazje zobaczyć piękną wieżę ze słynnym zegarem i dzwonem Big Ben. Zaobserwowaliśmy również nieco inne niż nasze piętrowe czerwone autobusy oraz budki telefoniczne z wyciśniętą koroną i pierwszą literą imienia królowej.
Podziwiając gmach Parlamentu nie dało się nie zauważyć neogotyckiej architektury XIX w jaką jest pałac Westminsterski oraz most i Opactwo Westminsterskie, które jest najważniejszą budowlą religijną w Anglii. Byliśmy również pod Pomnikiem Nieznanego Żołnierza na Whitehall oraz pod pomnikiem upamiętniającym kobiety, które poległy w czasie II wojny światowej. Swój urok w Londynie mają także Ogrody Pałacu Buckingham i sam pałac oraz brama ozdobiona królewskim herbem – lwem i jednorożcem.
Przed Galerią Narodową podziwialiśmy kwitnącą sztukę chodnikową. Ale to jeszcze nie koniec. Zwiedziliśmy również neoklasyczną Rogal Opera House oraz elegancką Gerrard Street, która jest sercem Chinatown. Pod słynną fontanną z Erosem na Picadilly zrobiliśmy sobie mały odpoczynek, aby nabrać sił i zwiedzić kolejne ciekawe i warte uwagi miejsca. Podczas naszego pobytu w Londynie udaliśmy się również do Teatru Giełguda, widzieliśmy Łuk Triumfalny Marble Arch, British Museum, Uniwersytet Londyński, Wieżowiec „Korniszon” oraz Wieżę Londyńską – Tower of London a również most Tower.
Swoim pięknem urzekł nas Kensington Garden, w którym widzieliśmy brzydkie kaczątko – czarnego łabędzia, kaczkę z niebieskim dziobem oraz mnóstwo wiewiórek. Artystycznie wyglądali rowerzyści wyrzeźbieni z żywopłotu oraz napis z trawy London. A dookoła mnóstwo pięknych kwiatów. Parki i ogrody urzekają swoim pięknem to trzeba przyznać.
W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień. Zostaliśmy podzieleni na 3 wachty.
Pierwszym oficerem był Jurek P., który żeglował razem ze swoją żoną Lilą i Adą z 4hdw z Pszczyny. Drugim oficerem byłam ja. Ze mną w wachcie był Mateusz zwany Tubisiem Potem, Ula i Justyna. Muszę przyznać, że byłam już na kilku rejsach, ale jeszcze nigdy nie miałam tak zgranej wachty. Trzecim oficerem był Jurek M a wraz z nim był Wacek i Agata.
6 sierpnia opuściliśmy West India Dock w którym staliśmy prawie tydzień i udaliśmy się na Tamizę. Wypłynęliśmy o godzinie 16.20 ale przed tym jeszcze zrobiliśmy zakupy warzyw i owoców oraz wydaliśmy ostatnie funty na ciuchy. Szybka kąpiel i w drogę.
Ale zanim jeszcze wypłynęliśmy mięliśmy przeszkolenie z żagli i pracy na cumach. Niedługo po naszym wypłynięciu niespodziewanie wypadł nam „człowiek za burtę”, ale dzięki szybkiej reakcji Jurków już po chwili znalazł się na pokładzie. Przeszkolenie na szczęście się nie przydało. Wszyscy szczęśliwie dopłynęliśmy do portu Gdańsk.
O 20 mieliśmy pierwszą długo oczekiwaną wachtę, ale przed nią przygotowaliśmy pyszny podwieczorek z okazji wypłynięcia w postaci babki i kisielu.
Na wachcie było bardzo wesoło. Pierwszy sterował Tubiś Potem. Co chwilkę ktoś przechodził z burty na burtę, bo podobno mięliśmy „
Jakoś tak zaczęliśmy wspominać nasze rejsy i Jurek powiedział do kapitana: Pagaj robił dorsza z pysznymi sosami na Christianso. Była to aluzja do kapitana z nadzieją, że może i o¬n by coś przygotował dla nas. Jakąś rybkę lub cosik innego a o¬n na to, że też chętnie by zjadł mintaja ha ha ha.
Niestety nie cała wachta była taka wesoła, bo po niedługim czasie płynięcia padły nam światła a gps-y odmówiły posłuszeństwa. Przez jakiś czas płynęliśmy w ciemno. Jednak sytuacja została w porę opanowana a po jakimś czasie nawiązaliśmy kontakt z satelitami i wszystko wróciło do normy. Uffff
„Prezesem” w drugim dniu rejsu została Ada. Morze Północne ma swój urok (długa fala). Podczas całego naszego rejsu siła wiatru nie przekroczyła 7 w skali Beauforta, więc nie było tak źle.
Po kilku dniach płynięcia w końcu zobaczyliśmy upragniony ląd w Cuxhaven. Stanęliśmy w City Marina. Oczywiście pierwsze co to prysznice. Pięć dni bez mycia. Nie wiem jak udało nam się przeżyć. Następnie zwiedziliśmy miasteczko oraz sklepy. Oczywiście stały zestaw: ciuchy, chipsy oraz orzeszki. W końcu można było zjeść coś konkretniejszego niż tylko wase, sucharki i chipsy bananowe. No z małym wyjątkiem. Raz nam Lila zaserwowała gulasz z kaszą. Podczas 1,5 metrowej fali to nielada wyczyn. Wieczorem postanowiliśmy zatankować wodę. Nie było to takie proste jak mogłoby się wydawać. Stanęło na tym że Wacek i Tubisie nosiły wodę z łazienki a Jurek wlewał ją poprzez wąż do zbiornika. Dodać by należało, że staliśmy w takiej Marinie, gdzie trzeba było schodzić po drabinie na pomost, bo woda raz się podnosiła a raz opadała.
Chwila relaksu, lenistwa i „dalej w morze wyruszamy”. Pogoda była bardzo sprzyjająca czego niestety nie mogliśmy powiedzieć o wiatrach. Prawie cały czas płynęliśmy bajdewindem. No z drugiej strony to lepsze niż mordewind.
Podczas naszych wacht oprócz tego, że nieustannie obserwowaliśmy morze graliśmy sobie na gitarze a nawet układalismy piosenki. Jedna z nich była o naszej wachcie a jej tekst jest następujący:
1. Teletubiś płynie sobie Telewizor ma na głowie
A w nim baja już nie leci Bo antenka się nie świeci
Ref: Nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie umieraj Przed Potem
2. Teletubiś lubi żelki bo to są dobre cukierki
Lubi także żeglowanieI bardzo długie śpiewanie
3. My nosimy se koszule Coś mi tutaj nie pasuje
Słonko bardzo mocno świeci Teletubiś lubi dzieci
4. Kiedy Ula steruje Przed bezana se ceruje
Potem gra nam na gitarze A Justyna śpiewa ładnie
5. My jesteśmy zgrana paczka bo jesteśmy druga wachta
Wszystko razem robimy I na ciuchy tez chodzimy
6. Na kingstonie siedzi Jucha i tak sobie miło grucha
Ula siedzi na kingstonie Potem patrzy o¬na tonie
Humor ani przez chwilkę nas nie opuszczał. Brakuje jeszcze jednej zwrotki o Uli, która bardzo lubiła odpoczywać na kingstonie. No tak trzeba się w nim było bardzo napracować więc po takim wysiłku odpoczynek to podstawa
Po jednym dniu spędzonym w porcie kolejną atrakcją była śluza Brunsbuttel oraz płynięcie przez kanał, na którym znów błogie lenistwo i spokój. Niestety nie udało nam się przepłynąć całego Kanału Kilońskiego w jeden dzień, dlatego na noc stanęliśmy na dalbach. Ech cumowanie nie było wcale takie łatwe. Cuma nieustannie się zaczepiała i klinowała, wiec rano zapewne nic poza odcięciem jej nie moglibyśmy zrobić. Jednak Tubis znalazł dobry patent i rano bez problemu udało nam się oddać cumy i popłynąć dalej. Większość osób już spała, gdy nagle podpłynął do nas olbrzymich rozmiarów statek, na którego pokładzie byli sami Niemcy. Bez gadania kazali nam opuścić dalby i się przecumować. Niestety nasz jacht miał zbyt głębokie zanurzenie, dlatego pozostaliśmy na swoim miejscu a odpowiednie służby z którymi skontaktowaliśmy się na kanale 16 kazały nam zapalić po prostu białe światło abyśmy byli widoczni. I po strachu !!! Najzabawniejsze było to, że kapitan wybiegł w piżamce w dwóch różnych butach ubranych na opak Kolejny nasz port to Ronne na Bornholmie, ale nim do niego dopłynęliśmy 2 wachta zaserwowała załodze pyszny obiadek. „Do wyboru do koloru”. Naleśniki z przeróżnymi pysznościami bądź też gulasz z kaszą i ogórkiem. W końcu stanęło na tym, że niektórzy jedli dwa obiady nie mogąc się oprzeć pysznie wyglądającym naleśnikom.
Po dopłynięciu do portu radość była jeszcze większa ponieważ spotkaliśmy załogę jachtu „Alf” i to właśnie z nimi spędziliśmy cały dzień i całą noc opowiadając o swoich przeżyciach w Londynie i na morzu.
Rejs powoli dobiegał końca, dlatego 2 dni przed jego zakończeniem 2 wachta postanowiła zrobić sobie wieczorek pożegnalny. Wspominaliśmy cudowne chwile spędzone razem oraz zajadaliśmy chipsami, prażonkami oraz fistaszkami pijąc coca colę. Kolejna niezapomniana noc. Z racji tego, że było już bardzo późno postanowiliśmy zrobić śniadanko po czym udać się na 4 godzinki do krainy snów.
Naszym przed ostatnim odwiedzonym portem było Władysławowo, gdzie po zrobieniu klaru udaliśmy się na miasto. Pierwsze co zrobiliśmy to zjedliśmy pyszne gofry, które naszej załodze zafundował Tubis Potem. Były tak duże, że niektórzy jedli je parę godzin. Zwiedziliśmy centrum Gdańska a następnie udaliśmy się dla odmiany nad morze by posłuchać szumu morza i rozbijających się fal. Troszkę sobie posiedzieliśmy, pospacerowaliśmy i wróciliśmy na jacht w oczekiwaniu na kolejną rejsową przygodę.
17 sierpnia o godzinie 17.57 dobiegła końca nasza cudowna i niezapomniana przygoda życia, która na morzu trwała 199 godzin. Przepłynęliśmy 1064 Mm. Na pewno było to dla nas nowe wyzwanie, doświadczenie i poznanie siły własnego charakteru. Poznaliśmy wiele ciekawych miejsc oraz zawiązaliśmy nowe przyjaźnie. Mam nadzieję, że to nasza pierwsza przygoda przeżyta razem a będzie ich jeszcze wiele.
Katarzyna Marcol ż.j.
Kukuś
pływał po Chechle
 
Posty: 27
Dołączył(a): 12 paź 2008, o 20:42

Re: s/y Barlowento II Władysławowo-Londyn-Gdańsk

Postprzez kusza 3 sty 2009, o 13:37

chciałoby się rzec nareszcie...
nie wiem jak reszta, ale ja straciłem nadzieję, że się pojawi relacja z tego rejsu...
niesamowita przygoda,a wspomnienia pewnie na całe życie...
czytając to przypomniało mi się nasze spotkanie z Zawiasem i kpt Januszem Z. w wakacje 2008 wracając Zjawą z Eastbourne zacumowaliśmy w Basenie Prezydenta longside do burty Zawiasa... była chyba 0200 a mimo to dostaliśmy zaproszenie do mesy na późną kolację (a może wczesne śniadanie)... Żeglowanie zbliża ludzi...
Gratulacje za udane przedsięwzięcie Jamboree
Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą
Avatar użytkownika
kusza
Moderator
 
Posty: 576
Dołączył(a): 13 maja 2008, o 23:31

Re: s/y Barlowento II Władysławowo-Londyn-Gdańsk

Postprzez petryk 5 sty 2009, o 11:57

Niestety nie dysponuje wystarczającą ilością czasu, żeby przeczytać relację - tym niemniej gratuluję.
Avatar użytkownika
petryk
był na morzu
 
Posty: 131
Dołączył(a): 26 maja 2008, o 09:12

Re: s/y Barlowento II Władysławowo-Londyn-Gdańsk

Postprzez Stefan 15 wrz 2009, o 10:57

Wstyd się przyznać ale dopiero teraz przeczytałem całą relację z tego rejsu.Gratuluję wspaniałego rejsu,zazdroszczę Wam tych wszystkich przygód i wrażeń których chyba nikt z Was nie zapomni C ;) ieszy mnie rózwnież to że Rudzcy Harcerze wzięli udział w zlocie.
Stefan
kołysze maszty w rytm pewnej pieśni
 
Posty: 307
Dołączył(a): 20 maja 2008, o 22:13


Powrót do Rejsy po północnym

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość

cron